Zaszufladkowany do: Erasmus
Minął miesiąc. Czy mógłbym coś przez ten czas powiedzieć o belgijskich, a dokładnie rzecz biorąc, walońskich studentach? Czy może są oni niczym tolkienowscy hobbici, których choćbyś i przez 100 lat poznawał to i tak mogą oni cię zaskoczyć? Nie wiem i mam nadzieję, że studentów walońskich poznawać przez 100 lat nie będę musiał.
Przez miesiąc życia w Belgii w ramach Erasmus-a byłem na 1 “imprezie” (choć to w zasadzie wyjście na piwo jeno w igrekowym towarzystwie), ale przed swoim Susłem, po ciężkim dniu w imię św. Science skosztowałem piw 25 (z pozdrowieniami dla impacta ;] ). Choć studiuję i studiować będę przez te 5 miesięcy na uniwersytecie katolickim, stąd ochrzciłem się na ten czas katostudentem, jej studenci niewiele mają z tą religią wspólnego. Choć żyję w dosyć spokojnym “kocie” (kot, cot- akademik, nomenklatura administracyjna nomen omen) to nie przeszkodziło to, abym pewnego pięknego poranka ujrzał wychodząc bardzo-wcześnie-rano do pracy oparte o mój kot…złamane drzewo.Przez noc nie było wichur, burz, U.F.O., ani pielgrzymek. Były tylko studenckie imprezy z okazji czwartku.


Życie tutejszych etudiants kręci się wokół “circl”-ów. Czymże one są? Gdy w Polsce coponiektóre puby nazywałem “mordowniami” (pozdro dla bywalców wrocławskiej Strefy Zero!) uważałem, że się nie myliłem. Pomyliłem się. Circle to miejsca prowadzone w zasadzie przez studentów. Są circle każdego instytutu, miast walońskich, studentów z wymiany. Pijąc tam piwo (ewentualnie inne trunki alkoholowe) z plastikowego kubka nie masz pewności, że nikt wcześniej przed Tobą z niego nie pił. Również strój ubierany do tychże miejsc jest jedynym w swoim rodzaju. Studenci mają tu zestaw roboczy ubierany tylko i wyłącznie do tychże mordowni, zaczynając od butów kończąc na bluzach. Dlaczego? Specyficzne wymagania, niespotykana aura? Niewątpliwie. Jak powiedzieli to mojej koleżance z Polski jej sąsiedzi z kot-u: Jeśli jesteś w circlu i czujesz, że coś spływa Ci po plecach to ciesz się jeśli czujesz uczucie zimna. Tyle.
Piją, chleją, rzygają (nie mylić z wymiotowaniem) i znów piją i chleją. Aż dziw bierze, że za parę lat te same osoby w większości przejdą romantyczną metaforę i z pijaków, meneli, nieuków, nierobów, bumelantów przeistoczą się w poważnych panów i poważne panie, które wciągnie Babilon.
Nie znają angielskiego. Nie znają angielskiego. Nie znają angielskiego. Przyjeżdżając tu obawiałem się o moją komunikację, wszakże moje zdolności w posługiwaniu się brytolskim językiem nie są najlepsze. Zdolności zaniedbane nauką na uniwersytecie i pobieranie tu “lekcji języka angielskiego”. Jednak przy większości tutejszych studentów, a na pewno przy tych kilkudziesięciu napotkanych na ulicy, na sali gimnastycznej, w kocie… jestem Anglikiem od urodzenia.
Życie w tym studenckim miasteczku (doprawdy studenckim, na trzydzieści parę tysięcy mieszkańców tego miasteczka, 80% to studenci. 90% budynków są związane z uniwersytetem, a samo miasto zostało założone po schizmie językowej na katolickim uniwersytecie w Leuven. Założone od postaw) trwa od poniedziałku do późnego czwartku. Co z weekendem? Czyżbym się pomylił w ocenie tutejszych sióstr i braci. Gdzie weekendowe szaleństwo? Nie ma. Większość z nich w piątek grzecznie podąża do swoich rodzinnych domów, aby mamusia mogła wyprać, umyć i dać pieniądze na następne chlania. Wracają późnym popołudniem w niedzielę.
oj!