Zaszufladkowany do: Kant
zaczynam bez pomysłu. Nie chcę aby notka 1 listopada miała cokolwiek z tym dniem wspólnego oprócz daty publikacji. Mógłbym oczywiście poczekać godzinkę z hakiem, będzie 2.11, jedno postanowienie całkowicie “odfajkowane”. Nie chciałbym również aby mój wpis opanowały moje ostatnie lektury tj. “Dżuma w Breslau”, “Koniec świata w Breslau” Krajewskiego czy też “Odziedziczone marzenia” Barack’a Obamy. Z tym ostatnim łączy się również temat “wybory prezydenckie w USA”. Jakolwiek ten temat w ostatnich tygodniach interesuje mnie niezwykle mocno, to jednak też nie chcę (przynajmniej narazie siać demokratycznej propagandy, które i tak jest już wystarczająco). Kolejną rzeczą, o której nie chciałbym napisać jest to, iż zbliżają się Święta Bożego Narodzenia (choć w tym momencie jest szybszy od legendarnej reklamy Coca-coli, która rok rocznie oznajmia światu czas rozpoczęcia dni panowania czerwonego grubasa, który być może ma coś wspólnego z komunizmem). Zatem być może zanudzę moją ostatnią małą, prywatną fascynacją jaką jest ciąg Fibonacciego. Z wykształcenia nie jestem i raczej już na pewno nie będę matematykiem, lecz ostatnio przypomniane działanie wzbudziło we mnie wiele pozytwynych, może wręcz ciepłych myśli nad ludzkim intelektem i że w ogóle jesteśmy tacy bardziej cool niż by się to na początku zdawało.
Zatem: 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144, 233, 377, 610, 947, 1557, 2504, 4601, 6565, 11166, 17731,
28887, 46618, 75505, 122123 itd….